Edukacyjna Wartość Dodana to kolejne narzędzie stworzone dla kontrolowania jakości nauczania w szkołach. Dzięki niemu organ prowadzący i MEN może dowiedzieć się obiektywnej prawdy, która placówka uczy, a która udaje, że uczy lub stara się, lecz jej nie wychodzi. Po reformie systemu z początków XXI wieku ta wiedza jest bardzo ważna, ale… czy rzeczywiście jest wartościowa i jej zastosowanie jest sprawiedliwie? Powiedzmy, że EWD to taki kalkulator wartościujący postępy uczniów w nauce. Najpierw zapisujemy w nim dane wejściowe, wyniki egzaminów uczniów z poprzedniej szkoły niższego szczebla, a następnie wyniki egzaminów końcowych i porównujemy je.
Porażką numer jeden jest założenie typu: „Szkoła źle uczy, gdyż uczniowie słabo zdali egzaminy końcowe”. Reakcja ucznia po nieudanym egzaminie: „Wiedziałem, miałem słabszy dzień i nie zdążyłem…”. “Drobiazg” dla ucznia w szkolnych statystykach może oznaczać spadek wartości dodanej, na wykresach i w rankingach lokalnych. „Słabsze dni” kilku najlepszych uczniów szkoły może obniżyć statystyki i EWD w stosunku do roku poprzedniego. Konsekwencje mogą być odczuwalne: kontrole kuratoryjne, spadek popularności szkoły w środowisku, obniżenie rankingów – odpływ uczniów poza rejon szkoły, ponadto “stawianie do raportu” dyrekcji i kadry, obniżenie autorytetu szkoły i edukacji. Podsumowując, surowe dane wyników egzaminów wywołują taki sam skutek.

Programy nauczania unikają współczesności – za drogie są prawa autorskie, aby o niej mówić. (“Ida”, 2013)
Elementem obniżającym rangę systemu EWD jest brak konsekwencji niezdania egzaminów przez dla uczniów. Wyniki szóstoklasistów i gimnazjalistów interesują tylko uczniów zdolnych, a także zainteresowanych edukacją w tzw. mocniejszych, renomowanych szkołach. To oznacza przerzucenie odpowiedzialności za poziom zdawalności wyłącznie na szkołę, a w zasadzie na nauczycieli przedmiotów egzaminacyjnych. W tym sensie każdy system nadzoru jest skażony fałszem.
EWD można porównać do egzaminów ocenianych na zewnątrz szkoły, są obiektywne i pozbawione nepotyzmów, polityki czy kunktatorstwa. W tym sensie byłby sprawiedliwy, gdyby nie jeden szczegół. Chodzi o rynkową konkurencję i współzawodnictwo na “rynku usług edukacyjnych”. Niskie wskaźniki nauczania w mieści to presja na szkoły szczególnie przy niżu demograficznym. Organ prowadzący może połączyć lub zlikwidować placówkę o niższym EWD. W niewielkich gminach burmistrz z radą miejską może sobie pokiwać groźnie palcem, szkoła napisze program naprawczy i spróbuje go wdrożyć, a jeśli nieskutecznie, to napisze nowy. Nie bardzo jest też kogo dyscyplinować i zwalniać za brak wyników na miarę średniej krajowej, ponieważ nie będzie kim zastąpić zwalnianych. Zatem nie może być mowy o włączenie EWD do systemu kontroli sprawiedliwej, gdyż mimo jej zastosowania ewentualne restrykcje wobec szkół nie są równe.
W trakcie swojej pracy nauczyciel realizuje program nauczania, który ma moc wiążącą i nie podlega dyskusji. EWD tego zmienia i jest to wada tego systemu kontroli. Więcej o realizacji programu nauczania i jego jakości mówią wyniki surowe. “Ten czy ów dział programu nie został dobrze przećwiczony, to wybrzmiało na egzaminie i temu musimy poświęcić więcej czasu w przyszłości” – wspaniały wniosek po analizie z pewnością pomoże nauczycielom lepiej przygotować kolejnych roczników uczniów. EDW byłoby wartościowe, gdyby pojawił się wniosek o treści: “Ten dział w całej Polsce wyszedł bardzo źle, dlatego rezygnujemy z nauczania od przyszłego roku”. Niestety, prędzej znikną pytania egzaminacyjne w latach kolejnych z działu odnoszącego wciąż porażkę w kraju niż sam dział. To oznacza, iż system zbudowany, by kontrolować został pozbawiony inteligencji i mocy działania. Jeżeli oddajemy auto do mechanika i on zauważy jakiś problem oprócz tego, który mu zleciliśmy, wymagamy, aby nam o tym powiedział, ponieważ chodzi o bezpieczeństwo na drodze, o życie. W przypadku jakiegokolwiek systemu nadzoru pedagogicznego włącznie z EWD program nauczania jest niczym “święta krowa”, a przecież jego atrakcyjność, aktualność, powszechna akceptacja i możliwości percepcji uczniów powinny mieć coś do powiedzenia.
Kolejną porażką “nadzorującego edukację” EWD jest nierówny podział odpowiedzialności za pracę kadry. O ile w gimnazjum dyrektor po analizie EWD będzie zwracał się do większości nauczycieli z prośbą o przemyślenie programów naprawczych lub w przypadku sukcesu będzie im gratulował, to w liceach i technikach skupi się na jednym lub kilku nazwiskach. Taki system rozłożenia odpowiedzialności na nauczycieli przedmiotów maturalnych nie tylko nie jest sprawiedliwy, ale grozi szykanami, mobbingiem, a nawet linczem. Złe wyniki matur i niski wskaźnik EWD “może zamknąć szkołę”, a jednak zwalnia z odpowiedzialności za efekty edukacyjne całe grono oprócz nauczycieli przedmiotów egzaminacyjnych np. maturalnych. Czy ci nauczyciele mają inne pensum lub pensje? Nie i chyba najwyższy czas to zmienić?!

Excel to prawdziwy kombajn obliczeniowy, ale nic nie zastąpi “liczenia na piechotę” – kto nie potrafi, ten dostaje czerwoną kartkę.
Uczeń współczesny wymaga od programów stawania się podmiotem nauczania angażowanym we współczesną rewolucję informatyczną i technologiczną, którą jest zafascynowany i być może czuje się w niej nieco zagubiony. Chce doznań emocjonalnych teraźniejszych, zaktualizowanych komputerowo. Zupełnie nie rozumie, po co ma zapamiętywać cały ogrom „niepotrzebnych informacji”, skoro doskonale wie, że jeśli będą mu potrzebne w życiu, to je sobie wygoogla?
Reasumując, porażka EWD zasadza się na tym, iż podobnie jak wiele innych systemów kontrolnych zrzuca odpowiedzialność za efekty nauczania wyłącznie na nauczyciela albo też na wybraną grupę nauczycieli, wyrażając je ocenami egzaminów zewnętrznych. Nie bierze w ogóle pod uwagę demografii, która każe np. do szkół średnich przyjmować uczniów słabych, aby tylko zapełnić stany oddziałów. Zapomina o programach nauczania, które są nieaktualne i u młodzieży wywołują poczucie straconego czasu wyrażającego się zdaniem typu: „Szkoła uczy przeszłości, a nie ma pojęcia o teraźniejszości, w której coraz trudniej odnaleźć się młodemu człowiekowi”. Z kolei tenże system umieszcza nauczyciela w próżni ideowej, aby uzasadniał słuszność programów, w których nowoczesność nie wierzy, z kredą, tablicą i podręcznikiem, a następnie rozlicza z tego, że źle zrealizował program i nie przekonał uczniów do pracy na wskazanym poziomie. Rodzice, uczniowie, MEN, program nauczania, środowisko szkolne, środowisko rówieśnicze, samorządy, organy prowadzące i szereg innych instytucji, osób i zasad przestrzeganych w szkole zostały postawione przez EWD poza nawiasem oceniania, zwolnione zupełnie z odpowiedzialności za efekty. To tak, jak w przykładzie o chłopie. Gdyby go uczono siać i zbierać z użyciem konia, przesiedziałby kurs z jedną jedyną myślą w głowie: „Byle przetrwać do końca i mieć papierek…”. Tak samo działają współczesne uczelnie „produkujące” magistrów i doktorów „kopiuj-wklej” – masa prac magisterskich, doktorskich, a wszystko utrzymane w obowiązującej poprawności kultu czytania i pisania, kredy i tablicy, na kolanach przed przeszłością… Tymczasem nauczycielom do zbadania poziomu zdawalności egzaminów wystarczą surowe wyniki i ewentualnie staniny.
Przed EWD nie ma przyszłości z wielu powodów. Likwidacja egzaminów na koniec klas szóstych wyłączą EWD dla podstawówek. Jeśli gimnazja zostaną rozwiązane, ta platforma i sposób kontrolowania poziomu edukacji zupełnie straci rację bytu. Języczkiem jej uwagi stanie się liceum i technikum, a to doprowadzi to paraliżu naboru na uczelnie wyższe. System edukacyjny “klęknie” czy też zatoczy koło i sam zostanie zmuszony do przedefiniowania wielu ról i celów edukacyjnych. Intencją twóców systemu było zapewne sprawdzanie skuteczności realizacji programów nauczania. Dostają informację zwrotną, że jest nieźle, ale to obraz bardzo zakłamay, ponieważ egzaminy nie mają pożądanej rangi i nie decydują o niczym, z wyjątkiem matur. Z kolei do matur ogromna liczba młodzieży nie przystąpi z racji strachu kadry przed spadkiem poziomu EWD właśnie.







Dodaj komentarz