Programy nauczania podpowiadają nauczycielom, w jaki sposób zrealizować podstawę programową. Podstawa to z kolei zbiór celów edukacyjnych, które na danym etapie rozwoju dziecka, ucznia, winny być spełnione, np. system dąży do tego, aby uczeń klasy trzeciej szkoły podstawowej biegle czytał i rozumiał, co czyta w języku ojczystym, a także aby znał na pamięć tabliczkę mnożenia. Jak to jest, że mimo wszystko bardzo duża ilość uczniów w klasach trzecich gimnazjalnych i w klasach maturalnych nie potrafi biegle czytać, rozumieć, co czyta i nie zna tabliczki mnożenia? Wszelkie systemy nadzoru pedagogicznego winą za ten stan rzeczy obarczają nauczycieli i dobrze. Jednak takie stanowisko można by uznać za prawdziwe, gdyby fala „wtórnego analfabetyzmu” (zapóźnienia, uwstecznianie osiągnięć) dotyczyła ułamka procentowego populacji. Ustawodawca i ośrodki zarządzające podstawami programowymi nie chcą nawet słyszeć o wadach programów nauczania: „Podstawa programowa to świętość”, a jak się komuś nie podoba, to może napisać swój autorski program nauczania lub odejść z pracy szkolnej. Porażką systemu edukacji jest właśnie traktowanie podstaw programowych i programów nauczania niczym dogmatów religijnych.

Współczesne metody dydaktyczne są bardzo drogie, system nie może nakazać unowocześniania bazy bez stosownych dotacji…
Gdyby porównać podstawy programowe sprzed 100, 50, 25 lat, łatwo stwierdzić, że szkoła wypełnia swoje tradycyjne posłannictwo i uczy tego samego tak samo od czasów wieków? Współczesna szkoła zachowuje się, jakby nie było rewolucji informatycznej i globalnej wioski. Uczniowie pragnący w niej żyć traktowani są protekcjonalnie i wmawia się im, że muszą spełniać takie czy inne warunki, wiedzieć to lub tamto: „Będziecie bardziej szczęśliwi, jeśli zdobędziecie wykształcenie, a to oznacza wiedzę o…” i tutaj cała lista. Protekcjonalność przejawia się także w ocenach typu: “Kiedyś na trójkę trzeba było znać łacinę”, “Kto nie czyta, ten głąb”, “Jak można nie umieć tabliczki mnożenia?” itd. A przecież współczesny sześciolatek wie więcej o świecie niż dorosły człowiek sprzed 100 lat. Problem w tym, że ¾ zadań szkolnych dotyczy pracy domowej ucznia, nie zaś zajęć w pracowaniach. Podstawa programowa zakłada bowiem, że nauczyciel jest „drogowskazem”, pokazuje kierunki i wartości, natomiast to uczeń dochodzi prawdy, przedziera się przez meandry problemów (lektury) i ćwiczy (ułamki), zakuwa, zapamiętuje i jeszcze ma wykazywać wdzięczność systemowi, że tak wspaniale nim kieruje. Niestety, takie myślenie i założenia programowe są fałszem, utopią.
Zerknijmy do jakiegokolwiek podręcznika z chemii, historii, języka polskiego, biologii. Znajdziemy tam rzeczy napisane wytłuszczoną czcionką. To akcenty ważności zaznaczane przez autorów i programy mówiące uczniom: „Możesz nie wiedzieć wielu rzeczy, ale te musisz zapamiętać, koniecznie!”. Takie programowe wykrzykniki. Otóż najlepiej byłoby dla ucznia współczesnego, aby podręczniki zawierały wyłącznie takie zdania, pogrubione, resztę wiadomości, opisów, wyjaśnień, aluzji, tłumaczeń i didaskaliów należałoby stamtąd wyrzucić. XXI wiek czyta wyłącznie treści pisane pogrubioną czcionką – nagłówki(?).
„Żadnych zadań domowych!” – oto dogmat świata współczesnego ucznia: „Chcecie, abym umiał to, na czym wam zależy, nauczcie mnie w szkole!”. Na uwagę zasługuje zaimek osobowy: „wam”, nie ma w takich zdaniach „ja”, „mi” zależy, uczeń nie identyfikuje się ze szkołą i nauczycielem, to nie jest miejsce, w którym szuka prawdy o sobie i świecie. Programy nauczania zakładają, że uczeń odpowiednio wychowany w szkolnych murach zrozumie swoje braki wiedzy i ze spuszczoną głową przyjdzie do szkoły, mówiąc: „Proszę mnie uczyć”. Jest zupełnie odwrotnie. Uczeń zalogowany i szczęśliwie żyjący w świecie wirtualnym nie ma na nic czasu. Gdy przybywa do klasy na zajęcia, ze zdziwieniem rozgląda się, że miał jakieś zadanie domowe albo nauczycielka wymaga od niego czegoś co nie jest wgapianiem się w wyświetlacz smartfona? Szybko podłącza się do internetu i z zażenowaniem stwierdza, że temat lekcji jest przestarzały, bo w sieci roi się od odpowiedzi. Zatem przepisuje jedną z nich, a gdy otrzymuje jedynkę, wybucha pretensjami! Korzy się, gdy usłyszy, iż połowa klasy bezmyślnie odpisała z tego co on adresu www, a następnie na kolejnych zajęciach powtarza te same czynności. Uczniowie bardziej wierzą internautom niż nauczycielom i dziwią się, po co robić coś, co już jest zrobione w internecie. “Źle jest zrobione?” – zdziwieni oskarżają nauczycieli o zarozumialstwo.
Wracając do domu, uczeń zastanawia się, po co chodzić do szkoły i uczyć się tego samego, czego uczyli się jego rodzice? Przecież to generalnie jakaś “zaprzeszła historia”, nic nowoczesnego, wszystko „odgrzewane” jak wczorajsza zupa. I po co się tego uczyć, skoro można „wygooglać”, gdy będzie potrzebne – „ale raczej nie będzie”. System edukacyjny, podstawa programowa i programy nauczania zupełnie nie są gotowe na współczesność. Po analizach surowych wyników „klęski pedagogicznej”, gdy wyniki egzaminów zewnętrznych wciąż nie satysfakcjonują, po analizach staninowych, łatwo przemilczeć fakt, że np. 65% uczniów w Polsce uzyskało wynik poniżej średniej i w związku z tym coś należy zmienić(?). Najprościej znaleźć winowajcę za porażkę systemu w osobie nauczycieli i szkół. Rząd podrzuci im EWD, z którego wynika, że zanotowali regres i niech martwi się ktoś inny. No tak, ale przecież to są urzędnicy państwowi zmuszeni programem do takiego a nie innego postępowania, aby zrealizować cele podstawy programowej – ktoś zauważy? Z pewnością jakiś „wróg ludu”… Łatwiej “wybaczyć” podczas egzaminów gimnazjalistom, że nie czytali “Kamieni na szaniec” albo ogłosić amnestię maturzystom niż zrewidować podstawy programowe zawierające szereg nierealnych do spełnienia życzeń. W razie czego można też zlikwidować egzaminy zewnętrzne zupełnie! Już od 2o17 roku nie będzie egzaminów szóstoklasistów. Można? Można! Zamiast do szkół wprowadzać tablice multimedialne, do każdej klasy, kolejne rządy wolą kupować fotoradary.

Tablica i kreda to tylko metoda komunikacji z uczniami, przestarzała, ale skuteczna podczas zajęć. Na pewno jednak nie może być symbolem postępu.
Powszechnie dzisiaj znane zaburzenie – dysleksja wyłącza 10-15% populacji z kręgu działania obowiązku umiejętności czytania, pisania. Pytanie pierwsze, czy ustawodawca bada całą populację pod kątem dysleksji, czy tylko wskazanych „podejrzanych”? Ludzie generalnie dzielą się także na zdolniejszych w przyswajaniu wiedzy i mniej zdolnych. Czyli mamy już nie jedną grupę dzieci, ale co najmniej trzy: zdolnych bez zaburzeń, mało zdolnych bez zaburzeń i z zaburzeniami (zdolnych lub nie). Przymus znajomości czytania i pisania, znajomości tabliczki mnożenia piętnuje te dzieci (z dysleksją i mało zdolne), nakazując inne traktowanie ich przez system edukacyjny (pedagog, psycholog, dodatkowe zajęcia). Gdy jednak przychodzą na lekcje informatyczne, okazuje się, że powyższy podział nie ma sensu, ponieważ dzieci świetnie radzą sobie z nowoczesnymi technologiami z wyjątkiem dzieci biednych – czwarta grupa, które nie mają w domu komputerów i smartfonów. Okazuje się zatem, iż nieznajomość w stopniu biegłym czytania, pisania, tabliczki mnożenia nie „wyklucza” i nie dzieli uczniów na kategorie, tak jak czyni to program nauczania. To jedna z przyczyn, dla której uczniowie preferują środowisko wirtualne nad szkolnym. Czy jest możliwe, że system edukacyjny używa nieadekwatnych narzędzi, aby uczyć dzisiaj uczniów czytania i pisania? Tak. Czy jest możliwe, że waga, jaką przywiązuje system do roli czytania i pisania, tabliczki mnożenia jest zbyt duża? Tak, wszak są multimedia, audiobooki, filmoteki, a co do tabliczki mnożenia – są kalkulatory?
Współczesny odsetek dzieci obdarzonych wrodzonymi zdolnościami do grania na pianinie i malowania obrazów, jest nieporównywalnie niższy niż miało to miejsce w XIX wieku. W szlacheckich dworach fortepian i pianino, sztalugi spełniały rolę nie tylko kształcenia umiejętności, ale też tak pożądanej rozrywki, przekazywania tradycji wspólnych rodzinnych zgromadzeń, śpiewów i zabaw. Współcześnie dzieci z rodzicami siedzą przed telewizorami, śmieją się na komediach, płaczą na dramatach, a potem każdy serfuje w sieci. Jest inaczej niż 200, 100 lat temu, zatem edukacja też powinna się zmienić.
Rola nauczyciela współczesnego będzie ograniczać się do wyjaśniania instrukcji projektów informatycznych. Uczniowie powinni móc w szkole próbować swoich sił w szeregu przedsięwzięć o różnorodnej gamie tematycznej a warsztatem ich pracy winny stać się komputery. Czas na to, aby kształcić nie konsumentów wytworów epoki, ale jej kreatorów i podmioty potrafiące konkurować ze sobą nie przed ekranami monitorów, ale wewnątrz globalnej sieci. W tym celu system edukacyjny powinien opracować programy nauczania kompatybilne z potrzebami współczesności, odchodząc od tradycji opartych na książkach będących źródłem wiedzy i zdobywania umiejętności. Najważniejszą współcześnie, od lat 90-tych XX wieku, potrzebą najmłodszych pokoleń nie tylko Polaków jest możliwość doskonalenia komunikacji pomiędzy użytkownikami internetu. Aby tego dokonać, szkoła potrzebuje uczniów biegle poruszających się w świecie wirtualnym.
Nauka kreowania świata, podejmowania różnych prób po to, aby zmieniać rzeczywistość realną oraz wirtualną, to cele edukacji. Natomiast porażką jest ignorowanie potrzeb współczesnych młodych pokoleń. Obcują one od dziecka ze światem informatycznym, a szkoła nie angażuje ich i nie namawia do współtworzenia go, tylko korzystania z niego. Upraszczając: edukacja nie ma wychowywać nieświadomych niczego „zjadaczy popcornu”, ale ludzi pragnących doświadczać współudziału w zmienianiu rzeczywistości nie tylko wirtualnej, lecz także i realnej. Sytuacja ta przypomina atmosferę oświecenia, kiedy to cywilizacja europejska zebrała niemal „całą wiedzę” i umieściła ją w tomach encyklopedii, mówiąc: „Dobrze, wiemy już, co zrobiliśmy, teraz pora na poszukiwanie nowych rozwiązań i odkrywanie innego świata.
Czy współczesny system edukacyjny ma skąd czerpać wzorce? Owszem, np. z aplikacji mobilnych i portali www – to jest współczesność i wyznacznik przyszłości. Do najważniejszych cechy tego typu programów i zasad tworzenia portali www należą:
- Nowoczesny i atrakcyjny layout – edukacja: estetyczne i cieniutkie podręczniki, nowoczesna baza techniczna?
- Prosty system podpowiedzi – edukacja: klasyfikacja materiału na konieczny do zdania (tłusty druk) i uwaga: tylko na lekcji, bez zadań domowych, opasłych lektur itd. W domu uczeń ma odpoczywać lub ewentualnie powtórzyć lekcję na kolejny dzień.
- Intuicyjność – edukacja: czytelność wymagań i jasny system oceniania np. okresowe testy. Uczeń nieobecny w szkole z powodu choroby potrafi sam zrealizować i przygotować się choć w części teoretycznej do lekcji.
- Minimalizm – edukacja: mniej znaczy więcej, czyli zmniejszenie objętości na rzecz jakości wiedzy. Ograniczenie wymagań połączone z konsekwencjami i odpowiedzialnością ucznia za wynik nauczania – teraz odpowiedzialny jest wyłącznie nauczyciel.
- Innowacyjność – edukacja: otwartość na resetowanie wymagań zgodnie z tendencjami wyrażanymi przez wyniki np. egzaminów, potrzeb rynku pracy itd.
Generalnie rzecz ujmując: żyjemy w epoce skrótów myślowych i nagłówków informacyjnych. Czytanie i pisanie to umiejętności ważne. Mimo to ponad 80% ludzi nie czyta książek, ale to nie oznacza, że nie czytamy w ogóle. Gdyby bowiem podliczyć nagłówki, zajawki, wstępy artykułów portali www, które przeciętny Kowalski odwiedza w tygodniu, wielu by się zdziwiło. Zebrałoby się jakieś 40-60 stron tradycyjnej książki, czyli rocznie wyszłoby ponad tysiąc stron – więc jakieś 5-7 książek. Tylko przy spełnieniu w/w wskazówek można myśleć o reformie oświaty, reformie jakościowej.







Dodaj komentarz